A A A Wersja kontrastowa

Smak dobrego życia

"Dla mnie smak dobrego życia wiąże się ze smakiem dobrego, tradycyjnego pączka. Zależy nam, aby ludziom smakowały nasze wypieki. Dlatego też stawiamy na jakość i przede wszystkim smak. Dzięki pożyczce unijnej, udzielonej przez Rzeszowską Agencję Rozwoju Regionalnego S.A., współpracującej z BGK, otworzyliśmy drugą pączkarnię. Nowa lokalizacja to dla nas wyzwanie, ale wierzę, że wraz z zespołem damy radę." – mówi Paulina Walczak, prowadząca pączkarnie w Rzeszowie i Przemyślu.

Chyba każdy z nas lubi pączki. Ale mało kto marzy o otwarciu wyspecjalizowanej pączkarni. Skąd taki pomysł? Jak to wszystko się zaczęło?

- To nie było jakieś wielkie marzenie, wszystko potoczyło się w dość naturalny sposób. Na rynku pojawiły się punkty działające pod marką Starej Pączkarni. Pierwsze pączkarnie pojawiły się w Szczecinie, potem we Wrocławiu. Stwierdziłam, że to coś nowego, coś co może się w Polsce przyjąć. Dowiedziałam się, jakie są warunki franczyzy i… temat upadł.

Jak to upadł? Co się stało?

- Zabrzmi to może dziwnie, ale zjadłam pączka w jednej z pączkarni i mi po prostu nie smakował. Stwierdziłam, wtedy jeszcze razem ze wspólnikiem, że nie chcemy podpisywać się pod czymś, co jest po prostu niedobre. W międzyczasie wydarzyły się też inne rzeczy, pojawiły nowe pomysły. Może po prostu musiałam to wszystko jeszcze raz przemyśleć. Pojechałam do Gdańska, kupiłam pączka w Starej Pączkarni. Ależ on wspaniale smakował! Wtedy ożyła dawna idea, zapadła decyzja, zabrałam się za robotę. Chciałam startować natychmiast. Jestem w gorącej wodzie kąpana (śmiech).

Najpierw myślała Pani o pączkarni w Krakowie.

- Tak, ale po namyśle stwierdziłam, że to nie dla mnie. Znalezienie odpowiedniego lokalu w ciekawej lokalizacji Krakowa pod presją czasu okazało się karkołomnym wyzwaniem. Postawiłam na Rzeszów!

I osiągnęła Pani sukces. Widać to choćby po komentarzach w internecie. Ludzie wydają się szczerze zachwyceni Pani pączkami.

Ciągle nie mogę w to uwierzyć, trudno mi myśleć o sobie jako kimś, kto osiągnął sukces. Ale z drugiej strony wiem, że oferuję dobry produkt. To wynik tego, że mam prawdziwego hopla na punkcie jakości. Jeśli coś jest nie tak, potrafię wyrzucać pączka za pączkiem. Wymagam od siebie bardzo dużo, zależy mi więc, by podobne podejście mieli moi pracownicy. Pewnie nie jestem łatwym szefem (śmiech). Ale myślę, że potrafię też docenić ciężką pracę ludzi, z którymi współpracuję. Ludzi takich jak na przykład pani Gabrysia z pączkarni w Rzeszowie, która podziela moją wizję – albo robimy dobrze, albo nie robimy wcale.

To trudny rynek? Jak wygląda konkurencja?

Każdy rynek jest trudny, gastronomia jako taka jest trudna. Może to zabrzmi zbyt banalnie, ale w tej branży najbardziej liczy się zaangażowanie. Nie można robić czegoś na pół gwizdka. Nie można robić pączka, który będzie tylko trochę dobry. Żeby klienci wracali, musi być najlepszy.

W Rzeszowie wracają. Tak samo będzie w Przemyślu?

Bardzo na to oczywiście liczę. Wystartowaliśmy 10 sierpnia, ale przez upały ludzie mieli ochotę raczej na lody, nie na pączki (śmiech). Ale myślę, że zadziałała magia jakości i już mamy pierwszych stałych klientów. Wiem, że niedługo będzie ich znacznie więcej bo ludzie polecają sobie naszą pączkarnię. 

Otwarcie drugiego punktu sfinansowała Pani dzięki pożyczce unijnej. Bez niej by się nie udało?

Zdecydowanie. Wiedziałam, że chcę rozwijać biznes, wiedziałam, że warto wykorzystać doświadczenia zdobyte w Rzeszowie, zdawałam sobie sprawę, że bez tego kolejnego kroku będę skazana na stagnację. Z drugiej strony, nie będę tu owijać w bawełnę, po prostu nie miałam pieniędzy na kolejną inwestycję, a finansowanie drugiego punktu na czysto komercyjnych zasadach było niemożliwe – inny bank po prostu mógłby nie podjąć takiego ryzyka. A więc wśród wielu zalet pożyczki unijnej z której korzystam najważniejszą jest fakt, że ona w ogóle jest (śmiech). Oczywiście bardzo istotne jest również niskie oprocentowanie, stosunkowo długi czas spłaty czy karencja w spłacie. To oferta skrojona dla skromnych, ale ambitnych przedsięwzięć. Takich, jak moje pączkarnie (śmiech).

Skąd dowiedziała się Pani o pożyczce unijnej?

W przeszłości, jeszcze przed pączkami, korzystałam ze wsparcia Rzeszowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego s.a. Mieszkając przez pewien czas w Anglii i planując swoje działania w Polsce dość dobrze poznałam też mechanizmy dystrybucji środków unijnych. Poszłam tym tropem, popytałam, sprawdziłam możliwości i udało się.

Niektórzy z nas dostają gęsiej skórki na samą myśl o procedurach bankowych. Jak było w tym przypadku?

Bardziej niż sprawnie. Wszystko było załatwiane na wysokim poziomie, pełen profesjonalizm. Nie ukrywam, że swoją rolę odegrał też pewnie mój temperament. Myślę, ze w Rzeszowskiej Agencji Rozwoju Regionalnego s.a zapamiętają mnie na długo. Nie było dnia, żebym nie dzwoniła i nie pytała, kiedy wreszcie dostane ten kredyt? (śmiech). A bardziej poważnie: myślę, że specjaliści z RARR widzieli, jak bardzo mi zależy i jak jestem zdeterminowana, by mój biznes wypalił. I także dlatego cały proces potoczył się bardzo szybko.

Na co zostały przeznaczone środki z pożyczki?

Przede wszystkim niezbędne remonty pomieszczeń, w których mieści się dziś pączkarnia. Kupiliśmy też rzecz jasna sprzęt, zawiesiliśmy reklamę naszego punktu. Do tego pierwsze zatowarowanie. A więc – na wszystko, co jest potrzebne, by robić pyszne pączki. 

Stara Pączkarnia


ul. Tadeusza Kościuszki 4, 35-030 Rzeszów

ul. Franciszkańska 37, 37 – 700 Przemyśl