A A A Wersja kontrastowa

(Nie)wybuchowy interes

Są takie przedsięwzięcia gospodarcze, że gdy się o nich słyszy lub czyta pierwszy raz, to aż trudno uwierzyć, że ktoś wpadł na pomysł, żeby tym się komercyjnie zająć. Bo, czy wyobrażacie sobie, że wasza firma każdego dnia przeczesuje morskie dna w poszukiwaniu bomb, niewybuchów, min i zbiorników z bronią chemiczną? Oni nie tylko to robią, ale są w tym najlepsi w Europie.

Czy praca w pańskiej firmie jest niebezpieczna?

Łukasz Porzuczek, prezes spółki Grupa GeoFusion: Jeśli dba się o przestrzeganie procedur bezpieczeństwa, to nic złego nie powinno się stać. My dbamy bardzo, więc nie mieliśmy dotąd wypadków, ale wiem, że konkurencyjne firmy w Europie zaliczyły kilka eksplozji.

Skąd u pana zainteresowanie tym, co kryje dno Bałtyku?

Paradoksalnie wszystko zaczęło się na lądzie. Wykonywałem zlecenia przy wykopaliskach archeologicznych. Posiadane przez nas urządzenie pozwala „zajrzeć” w głąb gruntu bez wykonywania pracochłonnych wykopów. Rozmawiając ze specjalistami i zdobywając doświadczenie zrozumiałem, że nasz sprzęt idealnie nadaje się także do badania morskiego dna w poszukiwaniu niewybuchów, niewypałów i innych powojskowych niespodzianek. Bardzo szybko odkryłem, że to gospodarczo obszar praktycznie nie zagospodarowany, a potrzeby są całkiem spore. Najpierw działaliśmy w okolicach Darłowa. Pierwsze komercyjne zlecenie otrzymaliśmy w 2012 roku i krok, po kroku byliśmy w tym coraz lepsi. Zaczęliśmy rozważać konstrukcję sprzętu, który lepiej będzie sprawdzał się przy naszej pracy.

Mówimy tu o poszukiwaniu wybuchowych pamiątek po II wojnie światowej, czy są to też nowsze obiekty?

Bardzo różnie, na przykład w okolicach Darłowa to najczęściej pozostałości po II wojnie, ale pracujemy też na rzecz klienta z okolic Gdyni, który ma koncesję na wydobywanie z dna morskiego kruszywa. Tak się złożyło, że wydobycie odbywa się na pograniczu morskich poligonów: poniemieckiego i współczesnego. Tam niewybuchy są jak skwarki w kaszy.

Co jeszcze znajdujecie?

Nasze urządzenie świetnie nadaje się do poszukiwania wraków i innych dużych obiektów zakopanych w mule.

To może i skarbów?

Właściwie tak. Właśnie myślimy nad tym, by wykorzystać nasze urządzenie do poszukiwania zatopionych szwedzkich okrętów, które w czasie „potopu” wywoziły z Rzeczpospolitej zagrabione dobra.

Cały czas się zastanawiam, kto jeszcze może potrzebować waszych usług? O podwodnych kopalniach już wiemy. Kim jeszcze są pana klienci?

Koncesjonariusze budujący farmy wiatrowe. To działalność, która u nas dopiero raczkuje, ale wiem, że za chwilę nastąpi wysyp takich farm. Wymaga tego poszukiwanie alternatywnych dla węgla źródeł energii. Poza tym zarządcy portów, Urzędy Morskie, a już wkrótce być może Muzeum Archeologiczne w Gdańsku.

Tworząc to nowatorskie i skomplikowane urządzenie do badania dna morskiego, wykorzystaliście swoje doświadczenia i zbudowaliście coś, czego zazdrości wam konkurencja. Jak zwykle jednak, by powstał ten sprzęt, potrzebne były środki. Postanowiliście skorzystać z pożyczki unijnej  na innowacje.

Skonstruowanie naszego unikalnego w europejskiej skali urządzenia kosztowało 6,5 mln zł.

Kupa pieniędzy.

Dokładnie, a do tego potrzebna jest jeszcze jednostka pływająca, która holuje urządzenie badawcze. Najpierw myśleliśmy o dotacji. Jednak, gdy zbadaliśmy temat, okazało się, że procedury pozyskania środków zajmą tyle czasu, że wynikającą z tego korzyść przewyższą potencjalne straty, wynikające z sumy potencjalnie utraconych zleceń. Wedle naszych wyliczeń starania o dotację mogły potrwać nawet dwa lata. Wtedy pojawił się pomysł pożyczki na innowacje. Okazało się, że to dużo bardziej elastyczne rozwiązanie.

Ktoś wam pomógł w uzyskaniu tej pożyczki?

Tak. Specjaliści z Towarzystwa Inwestycji Społeczno-Ekonomicznych z Gdańska, podmiotu działającego na podstawie umowy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, pomogli nam sporządzić wniosek i przejść przez procedurę. Było z tym trochę zachodu, ale bez porównania mniej niż przy staraniach o dotację, czy o komercyjny kredyt. 

Czy spłata tej pożyczki to duże obciążenie dla budżetu firmy?

Obciążenie jest dość duże, bo nasz system nie wykorzystuje jeszcze pełni swoich mocy przerobowych. W tej chwili czekamy na boom na rynku farm wiatrowych. Jestem jednak pewien, że wkrótce pracy będzie aż za dużo, bo koniunktura dla tych projektów jest coraz lepsza. Ale i tak raty tej pożyczki są zdecydowanie niższe od tych, które w najlepszym razie uzyskalibyśmy w bankach komercyjnych, więc pożyczka unijna zwycięża bezapelacyjnie.

Poleciłby pan innym przedsiębiorcom tę formę finansowania?

Zdecydowanie tak. Trzeba jednak pamiętać, że to rozwiązanie dla przedsiębiorców, którzy chcą zrobić naprawdę coś innowacyjnego.

 

Łukasz Porzuczek, GeoFusion

grupageofusion.pl